Warning: Parameter 1 to modMainMenuHelper::buildXML() expected to be a reference, value given in /virtual/rpn.com.pl/public_html/libraries/joomla/cache/handler/callback.php on line 99
Warning: Parameter 3 to bot1pixeloutplayer() expected to be a reference, value given in /virtual/rpn.com.pl/public_html/libraries/joomla/event/dispatcher.php on line 136
| Pytania, które trzeba postawić |
|
|
| Artykuły |
| Wpisany przez dr Krzysztof Kawęcki |
| Poniedziałek, 28 Czerwiec 1993 12:11 |
|
Problem cudzoziemców mieszkających w Polsce nie jest u nas zjawiskiem tak masowym, jak w niektórych krajach zachodnich, szczególnie zaś sąsiednich Niemczech. Z przerażeniem obserwujemy tam pokazywane przez TV ekscesy neonazistów podpalających domy dla azylantów. Dziennikarze nie informują już o tym, że agresja inicjowana przez neohitlerowców spotyka się często z przychylnością postronnych, całkiem licznych widzów, po prostu zwyczajnych Niemców. Ujawnienie tego faktu nie bardzo by pasowało do lansowanego od dłuższego czasu rozgrzeszenia Niemiec za zbrodnie III Rzeszy i zrzucania konkretnej odpowiedzialności polityków, organizacji, społeczeństw i ludzi na jakiś urojony „nacjonalizm". Nie ukazuje się jednak i tego, że grunt dla konfliktów społecznych i dla neonazistowskiej propagandy stworzyła skrajnie proimigracyjna polityka, gwarantowana tam przez art. 16 Konstytucji, w oparciu o który codziennie o uzyskanie statusu uchodźcy ubiega się 1000 (tysiąc!), najczęściej ekonomicznych imigrantów. Obecnie artykuł ten ma być zasadniczo zmieniony z poparciem wszystkich głównych partii politycznych - chadeków, liberałów i socjalistów, i nie oznacza to bynajmniej, że niemiecka klasa polityczna w całości przeszła na pozycje neofaszystowskie. A taki wniosek powinni wyciągnąć z tego faktu polscy i zachodni dziennikarze, którzy wszelką krytykę zjawiska imigracji traktowali jako przejaw nacjonal-ekstremizmu. W Niemczech bije się, a czasami morduje imigrantów. Co kraj to obyczaj... W innych krajach Europy zachodniej dzieje się odwrotnie. We Francji, na przykład, co kilka miesięcy dochodzi do fali wandalizmu ze strony „młodzieży", bo „kulturalna", liberalna prasa używa określenia „młodzi" jako synonimu młodych Arabów z Północnej Afryki. Kilka lat temu potężne rozruchy w Marsylii ustały dopiero wtedy, gdy o spokój zaapelował urzędujący w mieście konsul Republiki Algierii. We wszystkich krajach, gdzie zjawisko imigracji jest liczne, doszło do zasadniczego wzrostu przestępczości. Powtarza się ubiegłowieczny problem proletaryzacji. Tylko że wtedy przybysze przybywali ze wsi do przemysłowych miast. I mimo tragedii wykorzenienia, rozluźnienia obyczajów i osłabienia kontroli autorytetów, żyli w swoim narodzie i w swoim społeczeństwie. Dziś imigranci przybywają z zewnątrz, często spoza Europy, często przywożąc urazy, żądania materialne, poczucie wrogości. W naszym kraju również sprawa imigracji nie jest marginalna. Jako rzeczywistość i jako perspektywa, choć do tej pory na szczęście nie potwierdziły się prognozy sowietologów o 6 - 8 milionach mieszkańców b. ZSRR podążających przez Polskę na Zachód. Jednak już dziś jest ich dość wielu na dworcach wielkich miast, czy szczególnie placach targowych, by uświadomić sobie, że jest to problem na skalę narodową. Znaczna część przybyszów ze wschodniej Europy przebywa u nas nielegalnie. Trudnią się handlem, pracą „na czarno", działalnością przestępczą. Nikt nie potrafi dokładnie określić ilu ich u nas jest. Nie wypracowano żadnych skutecznych mechanizmów przeciwdziałania kryminalnej działalności wschodniej mafii, wielokrotnie już goszczącej - dzięki swym przestępczym wyczynom - na pierwszych stronach polskich gazet. Stan bezpieczeństwa uległ w naszym kraju radykalnemu pogorszeniu, a ciągle informowani jesteśmy o pojawianiu się kolejnych nowych kategorii przestępstw, które do tej pory znaliśmy tylko z filmów. Mamy więc prawo postawić pytanie: jaki konkretnie, w tłumaczeniu na liczby, wpływ na bezpieczeństwo Polaków ma napływ cudzoziemców ze Wschodu, a także jakie koszty ponosi policja (tzn. polski podatnik) w związku z tą sytuacją?
Druga kwestia to sprawa uchodźców. Pojawiła się na początku 1990 r., wraz z przybyciem do Polski kilkuset Etiopczyków i Libijczyków, chcących na sfałszowanych paszportach przedostać się do Szwecji. Mimo to, za rekomendacją Biura Wysokiego Komisarza ONZ ds. Uchodźców, otrzymali status azylantów. Tym samym Rzeczpospolita została zobowiązana do materialnej troski o ich los, ponieważ w listopadzie 1991 r. ratyfikowaliśmy Konwencję Genewską o Uchodźcach z 1951 r. Jej sygnatariusze mają obowiązek zapewnić azylantom godziwe warunki bytowe, a więc mieszkanie, naukę, opiekę społeczną na zasadach obowiązujących w danym kraju, aż po przyznanie obywatelstwa włącznie. O tym ostatnim mówi wyraźnie art. 34 Konwencji: Umawiające się Państwa będą w miarę możliwości ułatwiały asymilację i naturalizację uchodźców. W szczególności podejmą wszelkie wysiłki dla przyspieszenia procedury naturalizacji i zmniejszenia tak dalece jak to możliwe opłat i kosztów tego postępowania. Pomijając nawet ten ostatni wymóg, relatywizujący pojęcie obywatelstwa i tożsamości narodowej, owe wcześniej wymienione materialne honory są czymś, czego często Państwo Polskie nie jest w swym obecnym stanie zdolne zagwarantować własnym obywatelom, którzy mają konstytucyjne, obywatelskie prawo do opieki ze strony Rzeczypospolitej i jej pomocy w potrzebie. Opiekę nad przebywającymi w Polsce azylantami przejął Polski Czerwony Krzyż. Umieszczono ich w dziewięciu ośrodkach, potem zaś wybudowano obóz dla uchodźców w Nadarzynie. Ośrodek ten - dla 250 osób - kosztował budżet 10 miliardów złotych. Znowu więc musimy postawić pytania: czy Polskę stać na nieograniczone przyjmowanie uchodźców? Czy za wielkoduszność ONZ mają płacić polscy bezdomni, emeryci, rodziny wielodzietne i inni imigranci we własnej Ojczyźnie, rządzonej przez liberalną ideologię? Czy azylanci to naprawdę uchodźcy czy może po prostu imigranci? Czy polityka azylowa zwrócona jest wobec tych, wobec których Polska - jako kraj katolicki i wyzwolony z komunizmu - ma zobowiązania solidarności, na przykład wobec chorwackich katolików z Bośni? Lewicowy liberalizm głosi dziś prawa mniejszości i prawa człowieka. A przecież niezależnie od „praw mniejszości" istnieją też prawa jednostki i polska rodzina chcąca pozostać w Ojczyźnie mimo aktualnego braku mieszkania ma pod każdym względem lepsze prawo od tych, którzy porzucają swój biedny kraj, aby szukać dobrobytu gdzie indziej. I niezależnie od „praw człowieka" istnieją prawa obywatelskie, gwarantujące Polakom opiekę ze strony Rzeczypospolitej i prawo do tego, aby Rzeczpospolita była naszym domem, gdzie gościnność nie zmienia faktu, że to gospodarze stanowią prawa i są u siebie. Polska jest krajem wielkodusznym. Trudno więc zaprzeczyć, że powinniśmy w miarę naszych możliwości nieść pomoc tym, którzy według naszych pojęć moralnych na solidarność zasługują - szczególnie zagrożonym narodom katolickim i tym, które przeciwstawiają się ludobójczemu komunizmowi. Nie może być jednak tak, że instytucje międzynarodowe będą narzucać naszemu państwu swój pseudohumanitaryzm kosztem naszych obywateli, a nawet kosztem możliwości Rzeczypospolitej podejmowania z własnej inicjatywy przedsięwzięć chrześcijańskiej i narodowej solidarności. Jest jeszcze czas, aby zapytać czy partie, które mają decydujący wpływ na bieg spraw państwowych, które wyrażają ideologiczne normy polityki państwowej - „powrotu do normalności", „powrotu do Europy" - czy te partie przesądziły już, że Polska będzie państwem imigracyjnym? Decyzję trzeba podjąć szybko. Skłania do tego zapowiadany zwrot w polityce Niemiec. Wspomniana na początku tego artykułu zmiana art. 16 konstytucji niemieckiej przyniesie w efekcie odmowne rozpatrywanie wniosków o azyl polityczny w Niemczech tam, gdzie chodzić będzie o pseudouchodźców. Imigranci będą odsyłani do najbliższego kraju demokratycznego, a więc głównie do Polski. Co to oznacza? Obrazowo przedstawił to poseł ZChN Marek Jurek: Jeżeli do Niemiec przyjeżdża miesięcznie trzydzieści tysięcy imigrantów, oznacza to tysiąc imigrantów dziennie, a jednego - co półtorej minuty. Półtorej minuty to za mało, aby obsłużyć cudzoziemca na przejściu granicznym, trzeba trochę więcej czasu. Wyobraźmy więc sobie na naszej zachodniej granicy dwa, a może trzy przejścia, przed którymi stoją gigantyczne kolejki. Przez te przejścia stale, co 3, co 5 minut wchodzą do Polski nowi imigranci, aby pozostać już u nas na stałe. Idą dniem i nocą, latem i zimą, w słońcu i w deszczu. Idą rok za rokiem... To nie jest bynajmniej wyłącznie katastroficzna wizja. Jest to rzeczywistość wielu europejskich krajów, jutro może to być rzeczywistość Polski, szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę, że już dziś znajdujemy się na jednej z granic między ekonomicznymi strefami Europy. W toczących się obecnie negocjacjach polsko-niemieckich waży się przyszłość Polski. Czy środki potrzebne na pomoc dla polskich rodzin, na przyjęcie na świat nowych pokoleń Polaków, zostaną przeznaczone na fundowanie nam „społeczeństwa wielokulturowego"? Czy będziemy krajem imigracyjnym i wszystkie już istniejące plagi społeczne uderzą w nasze społeczeństwo siłą zwielokrotnioną przelaniem się zjawisk patologicznych ze Wschodu? Czy będziemy prowadzić politykę proimigracyjną na rozkaz Brukseli, rezygnując w praktyce z możliwości uzupełniania naszej suwerennej polityki o autentycznie humanitarny, na miarę naszych możliwości, aspekt? Czy jutro naszymi miastami (vide: prezydencki projekt Karty Praw), a pojutrze naszym krajem rządzić będą cudzoziemcy? Oto kwestie jak najbardziej ustrojowe, ważniejsze od niejednego zapisu Konstytucji. Pytania, na które trzeba już dziś odpowiedzieć... „Sprawa Polska", nr 14 (1993) |








